sobota, 25, kwiecień 2026
Relacja bardzo subiektywna.
Nieśmiałe postanowienie zostało przeniesione w stan dokonany.
Długa droga, dużo potu i… satysfakcja, wypełniająca wszystkie zmęczone członki naszego ciała.
Trzy szczyty – ukochana Babia Góra, zaprzyjaźnione Pilsko oraz stojąca trochę z boku, ale jakże urokliwa Romanka – połączyły się w czterdziestosiedmiokilometrowym szlaku, który skrupulatnie wydreptaliśmy.
Zaczęło się bardzo wcześnie,  o czwartej (3.56) rano (dla niektórych w nocy) ruszyliśmy z Krowiarek. Wiedzieliśmy  już wtedy, że nikła jest możliwość zdobycia najwyższego szczytu w blasku pierwszych promieni słońca. Owe przywitały nas nieco powyżej Sokolicy, już prawie na Kępie. Jak to bywa w takich momentach, nie obyło się bez fotosów. Potem już rozgrzani - i witającym nas słońcem, i zaczynającą krążyć w organizmie adrenaliną,  ruszyliśmy na szczyt, który niebawem osiągnęliśmy.
W trakcie podchodzenia spotykaliśmy schodzące już „skowronki”, wśród nich jednego wyposażonego w rower!...
Na górze oczywiście zrobiliśmy grupowe „zdjątko”, którego głównym bohaterem była powiewająca  flaga rajdu (cóż  za genialny pomysł!!!). Potem szybkie śniadanko w pięknych okolicznościach przyrody i niepowtarzalnym towarzystwie. Raczej odpoczynek krótki, tym bardziej, że nieco ponaglił nas deszcz, ot taki kapuśniaczek.
Szybkie zejście na Przełęcz Brony, gdzie pożegnaliśmy trzech towarzyszy i nieco wolniejsze wejście na Cyl. A potem potoczyło się już niczym   w starym kinie…
Zgodnie z wcześniejszym przykazem pomysłodawcy (Marcina Szypuły) - każdy idzie swoim tempem i w umówionych miejscach czekamy na siebie – postój porządkowy miał miejsce na Przełęczy Jałowieckiej, skąd przeszliśmy na szlak żółty naszych sąsiadów. Można powiedzieć, że szlak przybrał formę międzynarodową! Czasu z pewnością zaoszczędziliśmy, niemniej spacer asfaltem do przyjemnych nie należy…  Ale dreptać, nie narzekać.
Tradycyjnie (dla wielu pieszych wycieczek) na Przełęczy Glinne uzupełniliśmy „minerały” w pobliskim sklepie naszych słowackich sąsiadów. A że mieliśmy trochę czasu, który zaoszczędziliśmy korzystając ze szlaku łącznikowego – zrobiło się bardzo błogo. Odpoczynek ten zatem był wielce wskazany i niebywale efektywny. Efektowny również, jeśli weźmiemy pod uwagę burzę. Krótka ale treściwa w błyski i grzmoty, wstrzymała na kilka minut nasz wymarsz na Pilsko.
Zadowoleni, że jesteśmy „sushi” – określenie ze słownika G. S. – rozpoczęliśmy wspinaczkę. Początkowo pełznąc błotnym duktem, potem coraz bardziej stromym podejściem już, już mieliśmy szczytować, gdy kolejne grzmoty zmusiły nas do… Nie, nie odwrotu, tylko małej pauzy. Zaopatrzeni w odpowiednie „klenikanty” – określenie ze słownika S. W. – schroniliśmy się kosówce. Przeczekaliśmy najgroźniejsze (grzmoty, błyskawice, ulewy i grad wielkości piłki golfowej) i po krótkich rozważaniach, zdecydowaliśmy się na atak szczytowy. Decyzja okazała się słuszna, dzięki czemu zdobyliśmy drugi punkt naszego rajdu.
Zmotywowani dobrą passą, albo też i grzmotami rozlegającymi się wokoło, szybkim krokiem zeszliśmy, by odbyć podróż na Halę Rysiankę, gdzie czekały nas upragnione kolejne „minerały”.
W wyśmienitych nastrojach rozsiedliśmy się przed schroniskiem, by podziwiać nasze dokonanie – szczyty Babiej i Pilska sterczały dumne, a my równie dumni reperowaliśmy nasze nadszarpnięte duchem szlaku ciała, z wielką czułością zajmując się stopami. Jakby nie było to one tego dnia odgrywały ważną rolę…
Na Romankę wdrapaliśmy się jakby z rozpędu, tam to odetchnęliśmy z ulgą, że trzy główne punkty zostały zdobyte. Tam też pojawiła się koncepcja alternatywnego zejścia w stronę Żabnicy. Rajdowy „ogon” zdecydował jednak pójść „jedyną słuszną drogą” do Cięciny, by tradycji uczynić zadość.
Włączyliśmy autopiloty w naszych nogach i pognaliśmy w stronę Słowianki. Ślisko,  błotko i wszędobylskie gałęziska  nie były nam już straszne. Na przedostatnim przystanku naszego dreptania  zaczerpnęliśmy tchu i niczym kowboje (niektórzy tak właśnie szli…) ruszyliśmy w stronę zachodzącego słońca.
Z Ficońki (bądź też z Tokarni, jak chcą niektórzy…) schodziliśmy już otuleni zmrokiem. Ale zbójnik spod leśniczówki czekał na nas cierpliwie, by ostatecznie stanąć z nami do zdjęcia, wieńczącego nasz wymagający, ale jakże satysfakcjonujący rajd…
W ten sposób narodziła się nowa tradycja – dreptanie Koroną Beskidu Żywieckiego.
Wszystkich zaciekawionych organizatorzy zapewniają o kontynuacji – w przyszłym roku powtórka, może z jakimś urozmaiceniem, kto wie…
autor: aga, bostetateles
Czytaj także:

Komentarze   

0 #1 fryndzel 2011-06-01 23:06
Gratuluje wszystkim uczestnikom rajdu KBŹ odwagi, zapału i doskonałej kondycji! Dziękuję za doskonałą atmosferę, miłe towarzystwo i jedyne słuszne poczucie humoru na tak morderczy dystans. Udowodnilismy wspólnie, że mozna spędzić czas miło, sympatycznie, bez narzekań, kłótni i niepotrzebnych konfliktów. Mam nadzieje, że w przyszłym roku bedziemy kontynuować ten pomysł. A może ktoś podsunie jakiś nowy szalony? Pozdrowienia... a........... fajne relacje. I jak ktoś nie był to niech żałuje. A jak kce na następny rok to niek trenuje

Dodaj komentarz

Kod antyspamowy
Odśwież

Kronika Cięciny

 
als logo

ALS Cięcina 2025

 
als logo
 
Akcja Renowacja
  


Nasi partnerzy


 
Arkom logo
rysianka_team
Żywiec Zdrój logo
mcd electronics
Przedszkole AKUKU
mcd electronics
 
Pomoc dla Marcina Walusiaka
Pomoc dla Majki Galica

Facebook

 fb

 
 
Pomoc dla Majki Galica
Pomoc dla Michała Gluzy
 
Pomoc dla Grażyny
Pomoc dla Grażyny Witos-Fabian

Komentarze | Ostatnio dodane

Fotoforum | Ostatnio dodane zdjęcia