- Szczegóły
- Opublikowano: 27 maj 2011
Relacja bardzo subiektywna.
Nieśmiałe postanowienie zostało przeniesione w stan dokonany.
Długa droga, dużo potu i… satysfakcja, wypełniająca wszystkie zmęczone członki naszego ciała.
Trzy szczyty – ukochana Babia Góra, zaprzyjaźnione Pilsko oraz stojąca trochę z boku, ale jakże urokliwa Romanka – połączyły się w czterdziestosiedmiokilometrowym szlaku, który skrupulatnie wydreptaliśmy.
Zaczęło się bardzo wcześnie, o czwartej (3.56) rano (dla niektórych w nocy) ruszyliśmy z Krowiarek. Wiedzieliśmy już wtedy, że nikła jest możliwość zdobycia najwyższego szczytu w blasku pierwszych promieni słońca. Owe przywitały nas nieco powyżej Sokolicy, już prawie na Kępie. Jak to bywa w takich momentach, nie obyło się bez fotosów. Potem już rozgrzani - i witającym nas słońcem, i zaczynającą krążyć w organizmie adrenaliną, ruszyliśmy na szczyt, który niebawem osiągnęliśmy.
W trakcie podchodzenia spotykaliśmy schodzące już „skowronki”, wśród nich jednego wyposażonego w rower!...
Na górze oczywiście zrobiliśmy grupowe „zdjątko”, którego głównym bohaterem była powiewająca flaga rajdu (cóż za genialny pomysł!!!). Potem szybkie śniadanko w pięknych okolicznościach przyrody i niepowtarzalnym towarzystwie. Raczej odpoczynek krótki, tym bardziej, że nieco ponaglił nas deszcz, ot taki kapuśniaczek.
Szybkie zejście na Przełęcz Brony, gdzie pożegnaliśmy trzech towarzyszy i nieco wolniejsze wejście na Cyl. A potem potoczyło się już niczym w starym kinie…
Zgodnie z wcześniejszym przykazem pomysłodawcy (Marcina Szypuły) - każdy idzie swoim tempem i w umówionych miejscach czekamy na siebie – postój porządkowy miał miejsce na Przełęczy Jałowieckiej, skąd przeszliśmy na szlak żółty naszych sąsiadów. Można powiedzieć, że szlak przybrał formę międzynarodową! Czasu z pewnością zaoszczędziliśmy, niemniej spacer asfaltem do przyjemnych nie należy… Ale dreptać, nie narzekać.
Tradycyjnie (dla wielu pieszych wycieczek) na Przełęczy Glinne uzupełniliśmy „minerały” w pobliskim sklepie naszych słowackich sąsiadów. A że mieliśmy trochę czasu, który zaoszczędziliśmy korzystając ze szlaku łącznikowego – zrobiło się bardzo błogo. Odpoczynek ten zatem był wielce wskazany i niebywale efektywny. Efektowny również, jeśli weźmiemy pod uwagę burzę. Krótka ale treściwa w błyski i grzmoty, wstrzymała na kilka minut nasz wymarsz na Pilsko.
Zadowoleni, że jesteśmy „sushi” – określenie ze słownika G. S. – rozpoczęliśmy wspinaczkę. Początkowo pełznąc błotnym duktem, potem coraz bardziej stromym podejściem już, już mieliśmy szczytować, gdy kolejne grzmoty zmusiły nas do… Nie, nie odwrotu, tylko małej pauzy. Zaopatrzeni w odpowiednie „klenikanty” – określenie ze słownika S. W. – schroniliśmy się kosówce. Przeczekaliśmy najgroźniejsze (grzmoty, błyskawice, ulewy i grad wielkości piłki golfowej) i po krótkich rozważaniach, zdecydowaliśmy się na atak szczytowy. Decyzja okazała się słuszna, dzięki czemu zdobyliśmy drugi punkt naszego rajdu.
Zmotywowani dobrą passą, albo też i grzmotami rozlegającymi się wokoło, szybkim krokiem zeszliśmy, by odbyć podróż na Halę Rysiankę, gdzie czekały nas upragnione kolejne „minerały”.
W wyśmienitych nastrojach rozsiedliśmy się przed schroniskiem, by podziwiać nasze dokonanie – szczyty Babiej i Pilska sterczały dumne, a my równie dumni reperowaliśmy nasze nadszarpnięte duchem szlaku ciała, z wielką czułością zajmując się stopami. Jakby nie było to one tego dnia odgrywały ważną rolę…
Na Romankę wdrapaliśmy się jakby z rozpędu, tam to odetchnęliśmy z ulgą, że trzy główne punkty zostały zdobyte. Tam też pojawiła się koncepcja alternatywnego zejścia w stronę Żabnicy. Rajdowy „ogon” zdecydował jednak pójść „jedyną słuszną drogą” do Cięciny, by tradycji uczynić zadość.
Włączyliśmy autopiloty w naszych nogach i pognaliśmy w stronę Słowianki. Ślisko, błotko i wszędobylskie gałęziska nie były nam już straszne. Na przedostatnim przystanku naszego dreptania zaczerpnęliśmy tchu i niczym kowboje (niektórzy tak właśnie szli…) ruszyliśmy w stronę zachodzącego słońca.
Z Ficońki (bądź też z Tokarni, jak chcą niektórzy…) schodziliśmy już otuleni zmrokiem. Ale zbójnik spod leśniczówki czekał na nas cierpliwie, by ostatecznie stanąć z nami do zdjęcia, wieńczącego nasz wymagający, ale jakże satysfakcjonujący rajd…
W ten sposób narodziła się nowa tradycja – dreptanie Koroną Beskidu Żywieckiego.
Wszystkich zaciekawionych organizatorzy zapewniają o kontynuacji – w przyszłym roku powtórka, może z jakimś urozmaiceniem, kto wie…
autor: aga, bostetateles
Czytaj także:














Komentarze
Kanał RSS z komentarzami do tego postu.